Soul Side Story - Fragmenty

CIESZ SIĘ, ŻE NALEŻYSZ DO GENERACJI KOKO

(...)

Jeździły jeszcze wtedy lokomotywy parowe, te cuda i arcydzieła techniki. Arcydzieło techniki nie tylko musi spełniać niebywałe wymagania techniczne, ale powinno również być piękne. Lokomotywy były takimi arcydziełami. Były pojazdami czarodziejskimi. Marzyłem o tym, aby choć na chwilkę wejść do środka. Na peronie często, przechodząc obok lokomotywy, starałem się zajrzeć do jej wnętrza. Oczywiście nie mogło być mowy o tym, aby wejść do środka lokomotywy – to graniczyłoby z jakimś świętokradztwem, choć ta szalona myśl przychodziła mi do głowy dość często. Widziałem tylko mały fragment wnętrza pełen różnych zagadkowych zegarów i dźwigni. Dla mnie maszynista, który jeździł taką lokomotywą, nie był zwykłym człowiekiem. To była jakaś nadludzka istota, heros z jakiejś przedziwnej mitologii. Mówiąc językiem Grabińskiego – Demon ruchu! Maszynista Grot! W ogóle do kolei czuję niezwykłą miłość. Myślę o tym, aby po zakończeniu kariery muzycznej podjąć jakąś skromną pracę na kolei, ale nie wiem, czy będzie to możliwe z powodu wieku. Czuję się niemal jak jedna z postaci genialnych nowel Stefana Grabińskiego. Pociąg, kolej, stacje kolejowe, dworce – są to dla mnie miejsca magiczne. Odkąd mam samochód, przestałem podróżować pociągiem i przebywać na dworcach. Muszę przyznać, że jest mi smutno z tego powodu. Tęsknię za tym i wydaje mi się, że pociągi też za mną tęsknią.

Podróżować pociągami samodzielnie zacząłem już w bardzo młodym wieku. Rodzice wysłali mnie samego pociągiem z Puław do Warszawy, gdy miałem 12 lat. Nie wiem, czy to było z ich strony rozsądne, ale może wtedy były po prostu inne czasy. Wydaje mi się, że całe moje życie jest jedną wielką podróżą. Zawsze gdzieś dojeżdżam. Kiedyś były to pociągi, a teraz samochody. Mam taką swoją podróż marzenie – pociągiem przez Ukrainę do Odessy, stamtąd statkiem do Konstantynopola, dalej do Jerozolimy, później na Górę Synaj, a stamtąd do Afryki, do Etiopii. Tam już mogę położyć się na ziemi i umrzeć. Jeden z moich kolegów z podstawówki na pytania nauczycielki, „kim chciałbyś zostać”, odpowiadał, że kolejarzem. Co ciekawe, ten kolega potrafił bardzo ładnie śpiewać i w ogóle się tego nie wstydził. Dla mnie z kolei lekcje wychowania muzycznego były jedną wielką torturą i straszliwym stresem. Panicznie bałem się, że zostanę wywołany i będę musiał zaśpiewać jakąś piosenkę przed całą klasą. A tamten kolega, poproszony przez nauczycielkę o wykonanie piosenki, śpiewał bardzo odważnie i czysto. Do dziś pamiętam, że była ona o zielonej wyspie Irlandii. Wszyscy byliśmy tym zdumieni. Jakież było moje zdziwienie, gdy spotkałem go kiedyś na stacji w Dęblinie w granatowym mundurze kolejarza. Jego marzenia się spełniły, jest maszynistą i jeździ zielonymi elektrowozami.

Stacja Dęblin, duży węzeł kolejowy, to dla mnie miejsce bajkowe. Panuje tam klimat niczym z obrazów Giorgio de Chirico. Wielokrotnie, wracając z Warszawy, musiałem 2 godziny czekać w barze dworcowym o północy na pociąg do Puław, ponieważ akurat nie było bezpośredniego. Pracowała tam gruba pani w fartuchu. Panował przedziwny zapach potraw, ludzkiego potu i kolejowych wyziewów. Miejsce to było dla mnie, mimo swojej pozornej brzydoty, na swój sposób piękne. Wśród śpiących przypadkowych ludzi, podchmielonych żołnierzy zasadniczej służby wojskowej i kolejarzy, czułem się zupełnie bezpiecznie. Wydawało mi się, że ta gruba pani ma nad tym wszystkim jakąś absolutną władzę i nikomu nie może stać się żadna krzywda. Kiedyś nawet udało mi się złapać w Dęblinie kolejowy autostop. Wszystko to najczęściej działo się w nocy, albo podczas zachodu słońca, co tym bardziej dodawało tym miejscom jakiegoś metafizycznego piękna.

Królową wszystkich dworców zawsze była dla mnie Warszawa Wschodnia, a szczególnie poczekalnia i pętla autobusowa od ul. Lubelskiej. Wydaje mi się, że w barze dworcowym znajdują się przejścia do innych kosmicznych wymiarów, tak zwane tunele czasoprzestrzenne. Podobne tunele znajdowały się w kościele dominikanów w Tarnobrzegu. Te warszawskie przejścia do innych światów prowadzą przez wielkie kuchenne garnki. Tam załamuje się przestrzeń i czas, a wchodząc przez taki garnek, możemy dostać się jednym skokiem na drugą stronę galaktyki. Albo jeszcze dalej. Wystarczy tylko znaleźć właściwy garnek i podnieść przykrywkę… Wydaje mi się, że personel kuchenny to nie są istoty ludzkie, ale jacyś obcy. W ogóle obcych widuję często. Są to bardzo charakterystyczni osobnicy, ubrani w czapki z nutrii i poruszający się starymi, mocno zdezelowanymi rowerami. Najczęściej można ich spotkać w środowisku wiejskim. Jak wszystkim wiadomo, latające spodki lądują najczęściej na skraju wsi, nigdy w mieście. Tam rozdawane są obcym rowery i czapki z nutrii. Myślę, że bar na Wschodniej jest jednym z ich miejsc kontaktowych. Poza tym jeżdżą po Polsce na rowerach, wybierając najczęściej boczne drogi.

Okolice Warszawy Wschodniej to oczywiście Praga z Bazarem Różyckiego. Jako mały chłopiec bardzo lubiłem tam chodzić. Można było kupić tam na przykład zdjęcia zespołów – czarno-białe odbitki z „Bravo”: Deep Purple, czy Black Sabbath. To była bezlitosna kraina gitowców. Jadąc tramwajem ulicą Grochowską przez Pragę, przejeżdżało się obok jakiejś zawodówki; tam na murze widniało namalowane wielkie oko, a pod nim kropka. Ja nie byłem gitowcem, ale miałem u nich w porządku, bo byłem dobry w kosza i nawet grałem w reprezentacji szkoły, a potem Puław. Robiło to na nich wrażenie i miałem spokój. To się nazywało apropag. Do dziś jestem dobry w kosza, szczególnie mam opanowany rzut z dystansu. Z kondycją jest beznadziejnie, a w koszykówce trzeba dużo biegać, bo sama gra jest szybka. Jest to moja ulubiona dyscyplina sportu. W owych czasach do NBA było tak daleko, jak do Saturna co najmniej. W gazetach pisali tylko o koszykówce europejskiej, w której prym wiedli Litwini, Jugosłowianie i Ruscy. W Polsce najlepszym koszykarzem był mityczny Jurkiewicz z Wybrzeża Gdańsk. NBA przyszła do nas dopiero po 1989 roku. Oczywiście lepiej późno niż wcale. Do tego jeszcze była to cudowna epoka Jordana. Oglądanie tych wspaniałych ludzi, którzy mimo 2 metrów wzrostu poruszają się tak zwinnie, jak koty, jest dla mnie rozkoszą. No i te wsady do kosza! Jak byłem młody, to oczywiście także próbowałem tego dokonać, ale nigdy mi się nie udało. Dziś oglądanie NBA jest jednym z moich ulubionych zajęć; uspokaja mnie i działa jak jakieś relanium. Nasz pan od wuefu zauważył, że jestem dobry; chciał mnie namówić na treningi i specjalne ćwiczenia, bo, jak powiedział, wtedy nie dam nikomu szans na parkiecie. Od razu mi się odechciało, bo nie znoszę uprawiania tak zwanego sportu wyczynowego. Ja grałem wyłącznie dla własnej przyjemności, a nie dla jakichś tam wyników.

DARK FIRE INTO DO 

Skończyłem podstawówkę i zdałem do Liceum Plastycznego w Nałęczowie. Wydawało mi się, że jestem dorosły. Miałem długie włosy i chciałem być hipisem, a moim największym pragnieniem było grać w zespole. Tak! Odkąd zobaczyłem na ulicy wysokiego chłopaka z długimi włosami w rozpiętym długim płaszczu, który na piersiach miał srebrną pacyfę, wiedziałem już, że ja też chciałbym wyglądać dokładnie tak samo. Gdzieś tak w ostatniej klasie podstawówki jeden z nauczycieli w naszej szkole, który równocześnie pracował w domu wychowawczym, takim półpoprawczaku, powiedział nam, że tam jest sprzęt i możemy przyjść, to się zobaczy. Poszliśmy z innym kolegą, który też chciał być hipisem i grać w zespole. Wychowawca zaprowadził nas do małej salki, gdzie było dwóch gitowców – jeden grał na gitarze, a drugi na perkusji. Szczególnie ten, co grał na perkusji zrobił na nas bardzo duże wrażenie, bo potrafił zagrać kawałek zespołu Sweet Ballroom Blitz. Robił to niesamowicie i w ogóle to był fajny chłopak, można było z nim pogadać. Był z Warszawy, z Żoliborza; między oczami miał wytatuowaną kropkę, co oznaczało, że jest świrem. Te kropki zawsze coś oznaczały. Kropka na grdyce – pijak, a na nodze – piłkarz. Były jeszcze przerwy w życiorysie i sławne PSM. Najważniejsza była kropka pod okiem, to oznaczało git –człowiek. Jeden z puławskich gitowców, niejaki Adamiec, w pewnym momencie zapragnął zostać hipisem, ale kłopot w tym, że miał strasznie dużo tych kropek na twarzy i rękach. Nawet jakieś półksiężyce, co miało oznaczać – złodziej nocny. Podobno na ramieniu miał wytatuowany stopień wojskowy – major, ale tego już nie widziałem. Niestety, te kropki strasznie rzucały się w oczy i jeden z kolegów hipisów, niejaki Leon, powiedział biednemu Adamcowi, że będzie musiał coś z tym zrobić. Ale co? Ja nie miałem żadnej kropki. Ten chłopak z Żoliborza rozmawiał z nami normalnie, choć nie byliśmy gitowcami. Gitowcy używali żargonu – więziennej grypserki, złodziejskiego języka, który w owych czasach przedostał się poza więzienne mury i rozprzestrzeniał wśród młodzieńców gotowych na wszystko. Prawie każdy znał wiele zwrotów w tej mowie, na przykład „kopsnij szluga”, co oznaczało „daj papierosa”, albo „skitraj pióra za wachle”, co z kolei oznaczało „schowaj włosy za uszy”. Ale nic nie mogło się równać z tajemniczym zaklęciem „z kiciorem”. To magiczne słowo mogło uratować nawet życie, a już na pewno zęby. Popularne były nawet gitowskie piosenki, takie jak Czarny chleb i czarna kawa i W więziennym szpitalu na melodię Domu wschodzącego słońca Animalsów. Co ciekawe, wśród gitowców panował swoisty kodeks honorowy, czego, jak mi się wydaje, nie ma wśród współczesnych młodocianych przestępców ubranych w dresy.

Ja tam wolałem piosenki hipisowskie, takie jak O wolność, wolność, która była – nie wiedzieć czemu – bardzo smutna, albo pieśń o Woodstocku. Trudno mi było wtedy zdefiniować pojęcie wolności, bo największą wolność czułem wtedy, gdy mogłem pojeździć sobie na rowerze. Własny rower dostałem oczywiście jako prezent z okazji pierwszej Komunii Świętej. Był to tak zwany składak o nazwie „Karat”. Wcześniej musiałem prosić inne dzieci, aby pozwoliły mi się przejechać. Przeżywałem wtedy coś na kształt euforii. Nie wiem, z czego to wynikało, ale chyba to uczucie pojawia się zawsze wtedy, kiedy przekracza się własne ciało. Co do prezentów z okazji komunii to można było dostać zegarek na rękę albo aparat fotograficzny. Był też wielki zjazd rodzinny. Ja byłem szczęśliwy, bo wiedziałem, że już nikogo nie będę musiał prosić, tylko będę pędził dokąd chcę, na swoim własnym ukochanym rowerze. Prawdziwie wolny!

Wielką sławą cieszyła się też przeróbka utworu zespołu Uriah Heep Gypsy. Leciało to tak: „gdy miałem osiemnaście lat, rzuciłem chatę, poszłem w świat, zostałem narkomanem, którym gardził cały świat …aaaaaaaaaaa”. Hipisi zbierali się w tym czasie na murku za blokiem na jednym z puławskich osiedli. Kolega z klasy, niejaki Kojak, zaprowadził mnie tam, bo bardzo mi na tym zależało. Szczególnie polubiłem wysokiego chłopaka o ksywce Narkoman. Był on rodzonym bratem sławnego Pitera, na którego widok doznałem olśnienia i zmieniło się me życie. Narkoman miał na teczce szkolnej fascynujący mnie, wykonany długopisem, rysunek przedstawiający strzykawkę do połowy napełnioną jakąś czarną substancją. Z igły kapały czarne krople nie wiadomo czego …może krwi? Pod spodem widniał tajemniczy napis: dark fire into do. Narkoman kiedyś zmienił napis na: nark fire into do …co miało bardziej utożsamiać go z tą ideą.

Bracia Piter i Narkoman mieszkali tuż obok murku. Słuchali wyłącznie Black Sabbath, dwóch płyt na okrągło: Sabbath Bloody Sabbath i Sabotage. Co ciekawe, nie mieli żadnych innych nagrań. W pewnym momencie skasowali Black Sabbath i zaczęli słuchać wyłącznie Genesis. Nie znali angielskiego i namiętnie, po swojemu, nucili refren z utworu The Carpet Crawlers; według nich leciało to tak: kafe kolins piter kolins. W naszym mieście nikt nie znał angielskiego. W szkole obowiązkowym językiem był rosyjski, którego uczyć się nikt z nas nie chciał.
Odtąd też zacząłem siedzieć na murku. To była dla mnie jakaś życiowa nobilitacja.